Tak wiem. Zaniedbuję Was pierońsko i na pewno się na mnie gniewacie. Rozumiem. Pewno też bym się gniewała. Chociaż… w obecnej sytuacji nawet bym na to nie zwróciła uwagi. Jestem na rozdrożu. Dopadła mnie znieczulica, zniechęcenie, zniesmaczenie i zmęczenie. “ZZZZ”. Matura za pasem. Do pojutrza miałam mieć napisaną pracę na polski. Taki miałam zakład ze samą sobą. Ale jak to zwykle ze mną bywa, zakład ten przegrałam, jak wiele innych rzeczy w swoim życiu. Mam początek, lecz nie mam szans dopisać pracy do końca, by spełnić “wymóg”. Tak to ze mną jest – stawiam sobie cele tylko po to, by potem z rozczarowaniem przyznawać, że się nie udało. Niczego się nie nauczyłam w trakcie swojego niemal 19-letniego życia.
Ostatnio nic mi się nie chce. I nie chodzi tu nawet o przygotowania maturalne, które wcale nie idą “pełną parą”. Nie chodzi tu o to, że mi się nie chce. W tym momencie robię zadanie z matematyki. Więc COŚ jednak się chce. Nie czuję jednak sensu tego, co robię. Nie czuję, że to co robię jest mi do czegoś potrzebne. Nie czuję, że robię to dla siebie. Robię, bo… matura się zbliża. Czuję się zniechęcona i zmęczona. Znieczulona na to, co mnie otacza. Nie, nie obchodzi mnie, że we wtorek mam sprawdzian. Co mi po nim? Czy on poprawi moje życie? Nie. Rozważam przesunięcie matury na przyszły rok, choć pomysł ten wydaje mi się jednocześnie abstrakcją. Zawsze byłam jedną z lepszych uczennic w otoczeniu i nie miałam problemów w nauce. A teraz, gdy pierońsko potrzebuję mobilizacji – nie ma jej. Teraz, gdy potrzebuję bodźca, impulsu do ataku – brakuje go.