Kilka dni już minęło od wstrząsającego występu Słowenki Petry Majdić w sprincie na Igrzyskach w Vancouver. Przypomnijmy – zawodniczka wpadła w niemal trzymetrową przepaść, łamiąc cztery żebra i uszkadzając opłucną. Mimo, iż po każdym z biegów była ledwie żywa, zdobyła, wyrwała rywalkom brązowy medal, dając tym samym nadzieję, że nawet w najgorszych chwilach można się podnieść.
Do organizatorów igrzysk można mieć wiele zastrzeżeń. Najpierw, jeszcze przed otwarciem Olimpiady, na koszmarnie trudnym torze saneczkowym śmierć poniósł 21-letni gruziński zawodnik. Jego rówieśnik i kolega z reprezentacji zrezygnował ze startu z powodu strachu. W konkurencjach alpejskich również zawodnicy muszą radzić sobie z ciężką trasą. Koszmarnie wyglądający upadek miała Szwedka Anja Paerson, która jednak zdecydowała się na start. Teraz doszła źle zabezpieczona trasa biegowa. Zastrzeżenia miała m.in. Justyna Kowalczyk, której delegat techniczny (Słoweniec notabene) powiedział… by dała sobie spokój.
Nie o tym jednak dzisiaj… Nie. Nie będę wyżywać się na torach, trasach, sędziach (którzy zabili łyżwiarstwo figurowe). Nie będę wyżywać się na organizatorach, choć – co tu dużo mówić – igrzyska jak na razie jawią mi się jedną wielką klapą. Dziś chciałam napisać o ludzkiej wytrzymałości.
Petra dowiodła, że wytrzymać można wiele. Zapłakana i obolała została w eliminacjach przesunięta na koniec stawki. Awansowała z 19. (!) czasem. Swój ćwierćfinał wygrała. W półfinale była czwarta, ale pozwoliło jej to awansować z lepszym czasem niż zainteresowane (tj. trzecia i czwarta) zawodniczki drugiego półfinału. W finale była trzecia, za Norweżką Bjoergen i naszą Justyną Kowalczyk. Początkowo nic nie zapowiadało tragedii. Majdić obolała, po eliminacjach udała się na badania, które nie wykazały złamania żeber. Wróciła więc do rywalizacji. Nie na to pracowała 4 lata, by teraz się wycofać! Nie mogła się poddać! Cały świat obserwował z napięciem jej walkę nie tyle z rywalkami, ile z samą sobą. Bo nawet jeśli w finale byłaby szósta… nawet jeśli odpadłaby w półfinale… to i tak złoto jej się należało.
Po ostatnim biegu, Majdić zemdlała na mecie. Wreszcie koniec! Osiągnęła co mogła. Wyniesiona na rękach z pewnością czuła wielką ulgę. Nie musiała już biec! Nie musiała już niczego! Na podium weszła z pomocą trenera. Obolała i osłabiona. To jej pierwszy medal na igrzyskach. W Salt Lake City miała “lewe” kijki. W Turynie zderzyła się z niemieckim (?) serwismenem. Tu upadek niemal wydarł jej szansę z rąk. Niemal wydarł jej to, na co pracowała 4 lata. Nie poddała się. Przeciwko losowi, przeciwko rywalkom, przeciwko delegatom technicznym!
Dramatyczne wieści zaczęły dobiegać z wioski olimpijskiej mniej więcej dobę po tym cudownym w wykonaniu Słowenki sprincie. Bo oto jednak żebra są złamane i to aż 4. Opłucna uszkodzona. Świat tym bardziej nie mógł wyjść z podziwu. Nie wiadomo kiedy Majdić będzie mogła wrócić do Słowenii. Wiadomo tyle, że z głowy ma nie tylko IO. Nie wystartuje do końca sezonu. Przez niedbałość delegatów technicznych.
Do tej pory Słowenka była dla mnie jedną z gwiazd biegów narciarskich. Była po prostu bardzo dobrą sportsmenką. Jak wiele innych. Teraz dowiodła, że jest wspaniałym człowiekiem i świetnym walczakiem. Daje nadzieję, że z każdego doła można wyjść. Jest metaforą walki. Zwycięskiej walki. Brawo Petra!