Aż trudno uwierzyć, że będzie to mój ostatni w historii mojego blogowania wpis o szkole. Tak, szkoła już za mną i prawdę mówiąc wcale nie kojarzy mi się z miejscem katorgi czy lęku. Wręcz przeciwnie – szkoła kojarzy mi się miło, choć nie wszystkie wydarzenia są warte zachowania w pamięci. Tutaj jednak wspomnę tylko te miłe chwile.
1. Niemiecki – takiej fajnej babki jak moja kobita od niemca to Świat cały długi i szeroki nie widział. Otóż kobieta ta potrafiła stworzyć tak kapitalną atmosferę i tak bardzo przekonać do swojego przedmiotu, że aż się miło tego języka uczyło (już sam fakt, że lubię się uczyć języków obcych mi tutaj pomógł). Z jednej strony przedmiot poboczny, bo nikomu na nim specjalnie nie zależało, z drugiej atmosfera tego przedmiotu i sposobu prowadzenia była tak strasznie pozytywna, że aż się na ten niemiecki regularnie chodziło. Notatki zachowam. Panią Profesor w pamięci oczywiście też.
2. Matematyka – przedmiot dla niektórych groźny, dla mnie mega przyjemny. Tak samo ultra miłą i przyjemną w rozmowie kobietą była Profesor od matematyki. Ta kobieta potrafiła dosłownie wszystko, a nawet gdy nie umiała jakiegoś zadania to wymyślała rozwiązanie na bieżąco. Pamiętam kółko przygotowawcze do konkursu w 1. klasie. Siedziałyśmy do 16:10 choć i ona i ja miałyśmy lekcje od 7:30. Mimo iż wspólne drogi w przygotowaniach maturalnych się rozmijały (rzadko zdarzały się okazje by posiedzieć i porobić zadania z rozszerzonej) zawdzięczam tej kobiecie to, że przed jutrzejszym matematycznym maratonem jestem spokojna jak nigdy. Co do podstawowej – dodatkowa godzina dla całej klasy przygotowała wszystkich świetnie i pozytywnie. Arkusze z matematyki podstawowej robiło się w ok 50 minut. Przerobiliśmy ich tyle, że żadne zadanie nam niestraszne. Bardzo, bardzo pozytywnie.
3. Konkurs literacki – ano w tym roku napisałam pracę na temat kobiety w kulturze. Opierając się na kilku literackich przykładach, grze Football Manager (w której do wersji 2009 brakowało opcji, że menadżerem może być kobieta!) i życiu Evy Peron, starałam się w możliwie przystępnej formie przedstawić temat. I udało się – moje wypociny wygrały, a ja poczułam się dumna jak paw i przestałam wątpić w moje literackie umiejętności. Co prawda częściej zdarza się, że coś zacznę pisać niż to dokończę, ale po maturze pójdzie z górki
4. Kible w Czorsztynie – historia związana z wycieczką integracyjną w klasie pierwszej. Otóż zatrzymaliśmy się wtedy w Czorsztynie, by coś tam zwiedzać. Kilku (kilkunastu) osobom chciało się strasznie do wc. Zachodzimy do jakieś stajenki tzn kawiarni i czytamy, że czynne w takim a takim okresie (chodziło o miesiące). Zgadzało się. Sprawdzamy godzinę – pasowało. Wszyscy uradowani, ale co to? Zamknięte? Jedna wzięłam doczytałam ten bezczelny napis, który głosił, że… nie dotyczy poniedziałków (a takowy akurat był). Tak. Moja klasa naprawdę nie lubiła poniedziałków od tamtej pory!
5. Wychowawca – można było pogadać o wszystkim. To dzięki niej końcówka roku była bajką – jedno usprawiedliwienie na cały kwiecień, wszystkim powyciągała oceny z chemii (nawet kompletni idioci przeszli). To prawdziwy wychowawca, a nie tylko nauczyciel. I choć jeśli chodzi o sposób prowadzenia lekcji i nauczycielski fach to można tu nieco zarzucić – wychowawczynią była niezastąpioną.
Wszystkim uczniom, pracownikom, nauczycielom, dyrekcji serdecznie dziękuję