Po przerwie.

7 Lipiec 2011 Dodaj komentarz

Witam po przerwie. Długiej. Powie ktoś – zbyt długiej. Ale nie moja wina, że czasu nie było, nie było o czym pisać. Generalnie to nie wiem, po co tu piszę.

U mnie nic nowego. Skończyłam pierwszy rok studiów, z całkiem dobrymi wynikami. Może nawet na naukowe stypendium się załapię. Zobaczymy.

Coś niedobrego jednak dzieje się z moimi zainteresowaniami. Kubica nie jeździ, Małysz zakończył sportową karierę (jakby tego było mało „dość” powiedział także bardzo lubiany przeze mnie Anders Jacobsen). Stadion w Warszawie przecieka. Piłkarze Jagiellonii odpadli z (moment muszę sprawdzić, bo nie wiem z kim) Irtyszem Pawłodar (???) z eliminacji PE.  Marazm.

Postaram się od czasu do czasu wrzucić tu jakiś artykuł, opowiadanko czy też jakiś inny znak świadczący o tym, że żyję. Póki co spotkać mnie można na ulicy Siennej, gdzie pracuję dorabiając do emerytury… tzn. do wakacji, na które z pewnością z Tomkiem pojedziemy.

Z racji, że jest już po sesji, mam dla siebie mnóstwo czasu, co wykorzystuję np. na grę w Heroes of Might and Magic III.

Na razie musicie zadowolić się tym. Może w pracy coś się naskrobie. Pozdrawiam i polecam się na przeszłość.

Kategorie:Uncategorized

I po zawodach

7 Wrzesień 2010 3 uwag

Cześć

Jak się zapewne domyślacie patrząc w kalendarz – jestem już po swoich pierwszych w „karierze”. Zanim przeczytacie moją mini relację, trzeba Wam wiedzieć jedno – w tego typu zawodach (5, 10, 15 km) nie startują przypadkowi ludzie. Tego typu dystanse zwykle stanowią przygotowanie, podkładkę pod coś więcej. W tym przypadku chodzi tu głównie o maratony w Dębnie czy w Poznaniu. A teraz do rzeczy.

Zawody rozpoczęły się o godzinie 10:45 (planowo 10:30). Grupa jak już mówiłam była pierońsko mocna, więc trzymałam się z tyłu grupy, co by nikomu drogi nie blokować. Tempo miałam niezłe, ale i tak zaczęli mi uciekać.

Trasa była ciężka – pierwsze 5, może 6 kilometrów biegłam wałem. Błoto, piach, trawa i tego typu inne „atrakcje”. Gdy zaczęły boleć nogi (krzywo stawiane), pojawił się asfalt. Cierpienie dla nóg! Choć zwykle wolę bieganie po ulicy to tym razem przeklinałam asfalt ile się dało.

Biegłam cały czas, nie bardzo zastanawiając się nad tym ile pozostało do końca. Wiedziałam, że na końcu będzie ciężki podbieg. Gdy zaczęło robić się niebezpiecznie pod górę, byłam pewna, że koniec jest bliski (mój czy trasy?!). W końcu wbiegłam na metę. Na szyi zawisł mi pamiątkowy medal a do ręki wcisnęli mi butelkę z wodą. Buty i spodnie miałam całe ubłocone. Ale to nic! Byłam z siebie (i jestem nadal) parszywie dumna. Poczułam, że zrobiłam coś wielkiego. Facet w wieku mojego dziadka zagadywał przyjaźnie, że ciężki debiut miałam (chodziło mu o to błoto, dzień wcześniej padało), a inny facet otworzył mi drzwi na stołówkę.

Trochę o samopoczuciu – psychicznie było wszystko jak najbardziej w porządku. Biegłam z radością, a na metę wbiegłam z wielkim bananem na twarzy. Fizycznie było nieco gorzej, ale nie pojawiło się nic takiego, co by spowodowało rezygnację. Dobiegłam. Czas około półtorej godziny (ok 13km).

Kategorie:Uncategorized

Przygotowania, część 2.

22 Sierpień 2010 3 uwag

Witajcie!

Przygotowania do zawodów przebiegają póki co w miarę płynnie. Do startu coraz bliżej a ja mam coraz więcej obaw z nimi związanych. Czy nie ruszę za szybko? Czy nie przecenię swoich możliwości i końcówka nie będzie koszmarem? A może wręcz przeciwnie – zostawię na koniec za dużo sił i nie zdążę „zużyć” całego paliwa… Te i inne wątpliwości poniewierają się w mojej głowie na myśl o 5 września. Z jednej strony się boję a z drugiej czuję radosne podniecenie i zadowolenie na myśl, że robię coś dla siebie, że potrafię poświęcić czas dla swojego zdrowia, sylwetki, nastroju.

Ostatnio zauważyłam, że wzrosło moje tempo wyjściowe. Szybciej truchtam męcząc się tak samo jak kiedyś (czyli niewiele – trucht nie jest nadmiernie męczący), jednak z przyspieszeniami (nie mówiąc o sprintach) wciąż jest problem. Najbardziej nienawidzę treningów piątkowych bo są najszybsze. Najważniejsze już jednak za mną. Został przyszły tydzień normalnych treningów i tydzień przed startem, który – z wiadomych względów musi być nieco luźniejszy, by organizm mógł się zregenerować.

Moje plany na tą jesień obejmują jeszcze „Bieg Trzech Kopców” 3 października. Dystans jest taki sam (13 km), jednak trasa jest bardziej pagórkowata, więc będzie się biegło trudniej. Obawiam się zimy. Trener, a zarazem dobry kolega uważa, że powinnam biegać. Nie ukrywam przed sobą i przed nim, że nie cierpię biegać w zimie. Zimne powietrze drażni drogi oddechowe podczas biegu, co powoduje ból i pieczenie gardła. Owszem, można gardło „zamrozić”, tzn. przyzwyczaić do tego typu biegów. Pamiętam jednak co działo się w tamtym roku.

Co do wiosny 2011… w planach jest na pewno półmaraton pomiędzy końcem marca a początkiem maja. Wcześniej może jakaś piątka czy dyszka na przetarcie, nie wiem. Na lato jakiś podobny dystans a na jesień 2011… maraton :D

Treningi przebiegają różnie – jedne są bardzo dobre, po niektórych chcę więcej, albo jestem w niewielkim stopniu zmęczona. Inne przebiegają koszmarnie i aż chce się płakać ze szczęścia gdy wreszcie się skończą. Arytmia treningowa to normalność w moim stadium przygotowań i tylko sumienna, ciężka praca pozwoli te problemy zmniejszyć. Najważniejsze, że niedziela to zwykle ten „dobry” dzień.

Z biegowego szlaku pozdrawia
Magda :)

Kategorie:Uncategorized

Przygotowania

26 Lipiec 2010 4 uwag

5 września w niedzielę odbędzie się Bieg Siemaszki. Zawody odbędą się na dystansie 13 km. Czasu coraz mniej, a ja ciągle nie czuję się dobrze przygotowana. Wydaje mi się, że wyrobię się w limicie czasowym (dwie godziny) i taki według trenera powinnam mieć cel, gdyż to moje pierwsze zawody. Cel jest w zasięgu ręki. W tym momencie mój trening ma na celu przygotowanie podstaw szybkościowych i wydolnościowych pod przyszłe bieganie (w 2011 roku odbędzie się jubileuszowy, bo dziesiąty Cracovia Maraton, pewno mój kolega-trener mnie zapędzi do biegu :) ). Jednego dnia trenuję szybkość, innego tempo startowe, niedziela natomiast to długie wybiegania. Dlaczego długie wybiegania w niedzielę? Ano dlatego, gdyż to zwykle w ten dzień odbywają się zawody (wyjątkiem są biegi sylwestrowe, czy zawody odbywające się z innych okazji).  Zapytacie pewno…

Po co mi to? Po co mam biegać, jak mogę siąść przed telewizorem, komputerem, poczytać książkę, poleżeć. Dlaczego świadomie i dobrowolnie wybieram wysiłek fizyczny, momentami naprawdę ciężki? Odpowiedź na to jest łatwa i trudna. Biegam dla każdej chwili spędzonej w biegu, gdy jestem sama ze swoimi myślami, mogę się wyłączyć od otaczającego mnie świata, spojrzeć na problemy z innej perspektywy. Po powrocie do domu umysł mam oczyszczony. Nie bardzo potrafię odtworzyć o czym myślałam w czasie biegu. Problemy – przynajmniej chwilowo – nie istnieją. Biegam też dlatego, by zrobić coś dla siebie. By się czymś zająć. Ale też po to… by coś sobie udowodnić. Wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko chcieć. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego robię to co robię. A przynajmniej nie potrafię wyjaśnić tego tak, by każdy zaraz rzucił wszystko, ubrał dres, adidasy i poszedł biegać.

Mój trener jest 21-letnim kilkukrotnym Maratończykiem. Wielokrotnym uczestnikiem innych zawodów. Jest kimś, kto motywuje, gdy nie chce się wyjść. Jest kimś, kto doradzi, gdy nie wiadomo jak oddychać przy -15 stopniach. Jest kimś kto przestrzeże przed zbyt ciepłym ubiorem i za krótką rozgrzewką. Jest autorem mojego planu treningowego. Gdyby nie on już dawno bym się poddała. Jeśli kiedyś to przeczytasz – dziękuję :)

Dziś ćwiczyłam tempo startowe. Muszę przyznać, iż po ciężkim dniu spędzonym w pracy (wykładanie opakowań papieru do drukarki!) tempo było zadowalające. Widać jakby niewielki postęp, choć jeszcze wiele pracy przede mną bym w Biegu Siemaszki mogła powalczyć o coś więcej niż ukończenie.

PS. Pamiętajcie: im szybciej zaczniecie, tym dalej zabiegniecie.

The Winner Takes It All…

19 Lipiec 2010 7 uwag

Niedawno zakończyły się piłkarskie Mistrzostwa Świata w RPA. Nie ma co ukrywać – tęsknię za sportowymi emocjami na najwyższym poziomie. Nie w europejskich pucharach, gdzie polski zespół remisuje z amatorami z Malty by potem stwierdzić, że murawa była zła, pogoda była zła a rywal miał inne buty. Mistrzostwa Świata to inna bajka. Inny poziom, choć jak pokazał przykład Francji i Włoch, tu też można spaść „dalle stelle alle stalle”. Z gwiazd w gnój. Oto moja subiektywna ocena turnieju rozgrywanego po raz pierwszy na Czarnym Lądzie.

Zacznijmy od plusów. Będzie przyjemniej. Poza tym ich jest mniej.

1. Diego Forlan
Urugwajczyk to nie tylko jeden z lepiej zbudowanych piłkarzy. To prawdziwy lider, przywódca. Jego gra porywała nawet najbardziej mu przeciwnych. Doświadczony zawodnik zdobywał ładne i ważne gole (wolej w meczu z Niemcami o brązowy medal). Jego strzał z rzutu wolnego w poprzeczkę w ostatnich sekundach meczu o trzecie miejsce to łabędzi śpiew, który słusznie został nagrodzony. Diego Forlan został wybrany najlepszym piłkarzem MŚ w RPA.

2. Mesut Ozil.
Dawno żaden nowy, młody zawodnik nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia. Jego grę oglądało się z wypiekami na twarzy. Jego asysty (przy golu Muellera w meczu z Anglią) pozwalały kolegom na zdobywanie goli. Wiele prób prostopadłych podań znalazło cel u napastników jego zespołu. Kapitalny gol w meczu z Ghaną był sygnałem, że Niemiec tureckiego pochodzenia może być jednym z najlepszych piłkarzy w najbliższych latach. Nikogo już chyba nie dziwi, że młodym piłkarzem Werderu Brema interesuje się Real Madryt?

3. Urugwaj.
Wychwalana pod niebiosa Ameryka Południowa, która do pewnego momentu radziła sobie naprawdę znakomicie, zameldowała się w półfinale z zaledwie jednym reprezentantem. Ale za to z jakim! Urugwaj to zespół, który zostanie zapamiętany zarówno z powodu przebojowej jak i momentami szczęśliwej gry. Szczęście dopisało im w meczu z Ghaną, gdy bohaterem został napastnik Luiz Suarez, który w 120 minucie dogrywki rękami wybił piłkę z bramki. Łzy smutku zamieniły się w łzy szczęścia, gdy Gyan uderzył w poprzeczkę. W serii rzutów karnych lepsi okazali się Urugwajczycy… Patrząc na grę tego zespołu ciężko pojąć i żal cztery litery ściska, że Urugwajczycy powrócili do ojczyzny bez medali. Kibice powitali jednak swoich pupili tak, jak na kibiców czarnego konia mundialu przystało. Brawo Urugwaj!

4. Niemcy
Najmłodszy od czasów wojny niemiecki zespół pojechał do RPA bez Michaela Ballacka. Patrząc na grę naszych zachodnich sąsiadów trudno było dostrzec, by im to w jakikolwiek sposób zaszkodziło. Niemcy nudni? Niemcy defensywni? Nudnie grający piłkarze niemieccy przeszli do lamusa. W RPA widzieliśmy piłkarzy grających z pasją i polotem. Ofensywnie i miło dla oka. Z niemieckiego stylu nikt się dziś nie śmieje! Mimo, iż zajęli zaledwie trzecie miejsce, zapadli w pamięć nie mniej niż fantazyjny Urugwaj. Według mnie to Niemcy byli najlepszym zespołem MŚ. Jedno tylko zostało po staremu: perfekcyjna taktyka Perfekcyjnej Reprezentacji Niemiec.

5. Mały finał był wielki!
Mecz o trzecie miejsce zakończony ostatecznie zwycięstwem Niemiec nad Urugwajem z pewnością przejdzie do historii. Oba zespoły zaprezentowały ciekawą, ofensywną piłkę. Pokazały olbrzymie zaangażowanie i wolę walki. Serce mi się krajało, gdy patrzyłam na piłkarzy i myślałam: „kurde jedni wrócą bez medali!”. Ostatecznie bez medali pozostali Urugwajczycy, jednak postawa tego zespołu pokazała, że piłka może być piękna nawet bez medali i tytułów.

No dobra, koniec przyjemności. Pora na minusy. Kolejność tutaj ma znaczenie. Niestety, jest tego więcej.

1. Sędziowanie.
Nieuznany gol Franka Lamparda czy gol Teveza ze spalonego odbiły się szerokim echem w piłkarskim świecie. Dyskusja nad wprowadzeniem powtórek wideo zatacza coraz szersze kręgi i wątpliwe, by prezydent FIFY Sepp Blatter długo utrzymał się przy swojej opinii, że elektronika zabije futbol. Bo kto uleczy wciąż cierpiące serca fanów Anglii i Meksyku?

2. Finał
Zachowawczy. Zły. Denny. Nudny. Żenujący. Błe. Patrząc na obu finalistów odnoszę wrażenie, że powinni się zamienić z Niemcami i Urugwajem. Rozumiem częściowo zachwyt nad Holandią. Niespełniony, „zawsze dobry” zespół nie osiągnął nic od lat i nawet drugie miejsce w przeciętnym stylu jest sukcesem. A Hiszpania? Szarpane wygrane po 1:0 nie imponują. Styl też nie. Nie wiem czym tu się zachwycać. Mecz kiepski, finaliści nijacy… nie zapamiętam tego meczu na długo. Ani Holandia, ani Hiszpania nie zagrały nawet jednego tak dobrego spotkania jak Niemcy z Australią, Argentyną czy Urugwajem. Jak Urugwaj z Niemcami.

3. Wuwuzele
Kochane i nienawidzone, na Cyprze zabronione. Wuwuzele zrobiły furorę. Pozytywną, czy negatywną, zależy od indywidualnych preferencji. Mnie się te „instrumenty” nie podobały. Ich dźwięk mnie drażnił. Nie życzyłam źle afrykańskim zespołom, ale cieszyłam się, że polegli na ćwierćfinale. Dużo lepiej. Uszy odpoczęły.

4. Finaliści 2006
Uczestnicy wielkiego finału podczas niemieckich Mistrzostw Świata 2006 tym razem zupełnie zawiedli. Zarówno Francja jak i Włochy zakończyły udział w MŚ już po fazie grupowej zajmując ostatnie miejsca w swoich grupach. Francja zdołała jedynie zremisować z Urugwajem, pozostałe spotkania przegrywając. Włosi zaczęli nieźle. Remis z Paragwajem w dobrym stylu nie zapowiadał katastrofy. Kolejny mecz i wymęczony remis z Nową Zelandią wskazywał, że coś jest nie tak. Najgorsze obawy potwierdziły się podczas meczu ze Słowacją. Bezradna Squadra Azzurra przegrała 2-3 będąc tłem dla ambitnie grających debiutantów. Francja wróciła do kraju obarczona skandalami (wyrzucenie Anelki, protest piłkarzy). Włosi dotarli do ojczyzny plasując się w grupie za wyśmiewaną za braki techniczne Nową Zelandią…

5. Luis Fabiano
Bramkostrzelny i utalentowany napastnik był bohaterem jednej z najgłośniejszych negatywnych afer mundialu. Zapytany przez sędziego, czy pomagał sobie ręką podczas strzelenia gola przeciwko WKS, wykonywał gesty mówiące: „Nie, ręki nie było!”. Sędzia uwierzył, gola uznał. Co piłkarz powiedział w mediach? „Ręka była, niezamierzona!”, chwalił się rozpromieniony zawodnik. Naganne zachowanie i zawodnika i sędziego. Tylko który piłkarz postąpiłby inaczej? Może niektórzy nie afiszowaliby się z tym, ale czy któryś na pytanie sędziego odparłby: „Tak, była ręka”?

6. Maradona
Można Maradonę kochać. Można go nienawidzić. Polubiłam go za atmosferę, jaką wytworzył w reprezentacji Argentyny. Z piłkarzy emanowała radość. Jednak to wielkiemu Diego nie wystarczało. Słowne wycieczki w kierunku niemieckich piłkarzy przyniosły odwrotny efekt do zamierzonego. Argentyna została zmieciona przez Niemców 4-0, a „ballboy” Mueller był najlepszy na boisk. Maradona został więc mistrzem w… motywowaniu rywali. A chyba nie o to chodziło…

7. Eksperci w studio.
Momentami sensowni i zabawni. Niestety, tylko momentami. Najbardziej absurdalnie było, gdy całe studio debatowało nad nieuznaną bramką dla Paragwaju (w meczu z Hiszpanią). Uważali, że gol powinien zostać uznany, gdyż strzelał inny zawodnik a nie ten, który był na pozycji spalonej. Niestety, dostrzeżenie, że znajdujący się na pozycji spalonej absorbował obronę rywali i był na tyle blisko akcji iż miał na nią wpływ, przerosło całe studio.

8. Wybrzeże Kości Słoniowej
Ostatnie miejsce w rankingu minusów, ale jednak za coś się tu znaleźli. Cwaniactwo boiskowe, oszustwo i symulacje w najwyższym wydaniu. Apogeum miało miejsce podczas meczu z Brazylią. Nabieganie na łokieć Kaki i łapanie się za twarz (nawet jakby go coś zabolało to na pewno nie twarz!), to przesada nawet dla najlepszych pod względem boiskowego aktorstwa piłkarzy. Żenada.

Zastanawiacie się pewno skąd tytuł. Postawiłam taki tylko po to, by… go zanegować. Zwycięzca wcale nie bierze wszystkiego. Dziękuję Urugwajowi, dziękuję Niemcom. Dziękuje Chile, Słowenii, Słowacji, Szwajcarii… Zapracowali u mnie na dużo większy szacunek niż finaliści. Pokazali, że można przegrać i odpaść z klasą, z honorem, z podniesionym czołem. Pokazali, że porażka potrafi być bardziej doceniona i zapamiętana niż najpiękniejsze zwycięstwo.
Urugwajowi i Niemcom – za mecz o 3. miejsce, za postawę podczas turnieju.
Chile – za postawę, ofensywę, odwagę.
Słowenii i Słowacji – za pokazanie ambicji i walki do ostatniego spotkania (choć muszę przyznać, że Słowacja kiepsko zaczęła :P )
Szwajcarii – za pokazanie, że emocjonująca może być nie tylko ofensywa.

:)

Kategorie:Uncategorized

Refleksyjnie

4 Maj 2010 1 komentarz

Aż trudno uwierzyć, że będzie to mój ostatni w historii mojego blogowania wpis o szkole. Tak, szkoła już za mną i prawdę mówiąc wcale nie kojarzy mi się z miejscem katorgi czy lęku. Wręcz przeciwnie – szkoła kojarzy mi się miło, choć nie wszystkie wydarzenia są warte zachowania w pamięci. Tutaj jednak wspomnę tylko te miłe chwile.

1. Niemiecki – takiej fajnej babki jak moja kobita od niemca to Świat cały długi i szeroki nie widział. Otóż kobieta ta potrafiła stworzyć tak kapitalną atmosferę i tak bardzo przekonać do swojego przedmiotu, że aż się miło tego języka uczyło (już sam fakt, że lubię się uczyć języków obcych mi tutaj pomógł). Z jednej strony przedmiot poboczny, bo nikomu na nim specjalnie nie zależało, z drugiej atmosfera tego przedmiotu i sposobu prowadzenia była tak strasznie pozytywna, że aż się na ten niemiecki regularnie chodziło. Notatki zachowam. Panią Profesor w pamięci oczywiście też.

2. Matematyka – przedmiot dla niektórych groźny, dla mnie mega przyjemny. Tak samo ultra miłą i przyjemną w rozmowie kobietą była Profesor od matematyki. Ta kobieta potrafiła dosłownie wszystko, a nawet gdy nie umiała jakiegoś zadania to wymyślała rozwiązanie na bieżąco. Pamiętam kółko przygotowawcze do konkursu w 1. klasie. Siedziałyśmy do 16:10 choć i ona i ja miałyśmy lekcje od 7:30. Mimo iż wspólne drogi w przygotowaniach maturalnych się rozmijały (rzadko zdarzały się okazje by posiedzieć i porobić zadania z rozszerzonej) zawdzięczam tej kobiecie to, że przed jutrzejszym matematycznym maratonem jestem spokojna jak nigdy. Co do podstawowej – dodatkowa godzina dla całej klasy przygotowała wszystkich świetnie i pozytywnie. Arkusze z matematyki podstawowej robiło się w ok 50 minut. Przerobiliśmy ich tyle, że żadne zadanie nam niestraszne. Bardzo, bardzo pozytywnie.

3. Konkurs literacki – ano w tym roku napisałam pracę na temat kobiety w kulturze. Opierając się na kilku literackich przykładach, grze Football Manager (w której do wersji 2009 brakowało opcji, że menadżerem może być kobieta!) i życiu Evy Peron, starałam się w możliwie przystępnej formie przedstawić temat. I udało się – moje wypociny wygrały, a ja poczułam się dumna jak paw i przestałam wątpić w moje literackie umiejętności. Co prawda częściej zdarza się, że coś zacznę pisać niż to dokończę, ale po maturze pójdzie z górki :)

4. Kible w Czorsztynie – historia związana z wycieczką integracyjną w klasie pierwszej. Otóż zatrzymaliśmy się wtedy w Czorsztynie, by coś tam zwiedzać. Kilku (kilkunastu) osobom chciało się strasznie do wc. Zachodzimy do jakieś stajenki tzn kawiarni i czytamy, że czynne w takim a takim okresie (chodziło o miesiące). Zgadzało się. Sprawdzamy godzinę – pasowało. Wszyscy uradowani, ale co to? Zamknięte? Jedna wzięłam doczytałam ten bezczelny napis, który głosił, że… nie dotyczy poniedziałków (a takowy akurat był). Tak. Moja klasa naprawdę nie lubiła poniedziałków od tamtej pory!

5. Wychowawca – można było pogadać o wszystkim. To dzięki niej końcówka roku była bajką – jedno usprawiedliwienie na cały kwiecień, wszystkim powyciągała oceny z chemii (nawet kompletni idioci przeszli). To prawdziwy wychowawca, a nie tylko nauczyciel. I choć jeśli chodzi o sposób prowadzenia lekcji i nauczycielski fach to można tu nieco zarzucić – wychowawczynią była niezastąpioną.

Wszystkim uczniom, pracownikom, nauczycielom, dyrekcji serdecznie dziękuję :)

Tydzień po

18 Kwiecień 2010 5 uwag

Tak, wiem. Wpis zupełnie nie w porę. Polska ciągle w żałobie i pewno jest to 459394 wpis, który czytasz na ten temat. Jednak są rzeczy, które napisać muszę, bo jak ich nie wyduszę to chyba pęknę.

W Polsce machina żałobna ruszyła pełną parą. Minął tydzień od katastrofy w Smoleńsku a w telewizji ciągle nadają programy informacyjne, uroczystości żałobne, spekulacje odnośnie przyczyn itd. Pokazują ludzi zbierających się pod Pałacem Prezydenckim a dzisiaj na Rynku Głównym w Krakowie i w okolicach Wawelu (sama chciałam jechać na Wawel, ale zostałam odwiedziona od tego pomysłu ze względu na fatalne samopoczucie). W szkołach minuty ciszy, specjalne spotkania odnośnie tragedii katyńskiej i tym podobne sprawy. Nie ma masowych imprez, nie ma turnieju siatkarskiego Final Four (o którym nieco za chwilę).

Zginął Prezydent Polski, Lech Kaczyński, jego Małżonka, 94 innych osób w tym załoga samolotu. Stała się rzecz niewątpliwie straszna, nad którą ani Polska, ani Świat nie mógł przejść obojętnie. Jesteśmy państwem bez prezydenta, bez dowódców armii, bez wielu posłów, senatorów.  Bez przewodniczącego Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Instytutu Pamięci Narodowej… Naród łączy się w bólu. Ludzie przemierzają setki kilometrów do Warszawy i Krakowa, by oddać hołd zmarłym. Mówią o nas:  „naród potrafiący się zjednać w obliczu tragedii”. Ja powiem inaczej: „naród przesiąknięty hipokryzją”.

Tak. Nagle wszyscy cierpią i płaczą, a gdy żył Pan Prezydent to większość na niego narzekała. W internecie nietrudno było natknąć się na kawał związany z prezydentem (i najczęściej jego bratem). Wielu narzekało, choć urząd prezydenta to urząd pochodzący z wyborów POWSZECHNYCH. Czyli zaraz… jak to jest? Wybieramy prezydenta a potem go wyszydzamy? Tak. Tak właśnie jest. Niestety. Ale teraz nagle kogo nie zapytamy to wspomina Parę Prezydencką jako bardzo sympatycznych ludzi a Pana Prezydenta jako gorliwego patriotę i katolika. Pewno za to został wybrany. Lecz dlaczego nie potrafiliśmy tych jakże potrzebnych cech (szczególnie w obliczu najazdu Unii patriotyzm był wskazany) docenić za życia?

Słyszałam dwa, może trzy dni temu wypowiedź pewnego mężczyzny. Mówił on, że gdy wyjeżdżał za granicę to wstydził się tego, że jest Polakiem. Gdziekolwiek był, używał języka angielskiego. Wstyd mu z tego powodu. I to rozumiem. Wykorzystanie tragedii narodu do zrobienia rachunku sumienia i powiedzenia sobie: „tu i tu nie byłem/am w porządku” to nic złego. Wręcz przeciwnie. O to w tym wszystkim chodzi. Nie w ślepym wychwalaniu ofiar pod niebiosa (bo za życia niewielu ich doceniało) lecz w wyciągnięciu wniosków na przyszłość. Tak. Nie bądźmy krajem, gdzie własnego prezydenta szkaluje się na każdym kroku. Szanujmy ludzką pracę, a gdy się z kimś nie zgadzamy, wyrażajmy to argumentami a nie złośliwościami.

Kolejna sprawa: siatkarski Final Four. Był zaplanowany na ów tragiczny weekend 10-11 kwietnia w Łodzi. Nie został rozegrany. Zespoły przyjęły to z pełnym zrozumieniem i zaangażowaniem. Wszyscy zgodzili się na termin 1-2 maja. Nie pisałabym jednak o tym, gdyby nie było małego „ale”. Ekipa włoska. Trentino nie zgadza się, argumentując decyzję ewentualnym piątym meczem w play offach. Mimo, iż Lube Banca Macerata zgodziła się ewentualnie przesunąć to ostatnie spotkanie… nadal słychać narzekania. Bo mało czasu, bo to, bo tamto. Z jednej strony ich rozumiem, ale z drugiej… przykro trochę coś takiego słyszeć w obliczu takiej tragedii.

Co dalej? Niedługo narodowa hipokryzja ucichnie. Ofiary zostaną pochowane, znicze posprzątane, wybory rozpisane. Niedługo wrócą rozgrywki sportowe w Polsce (piłka nożna, siatkarskie play offy). Niedługo wrócą koncerty i codzienność. Niedługo komentarze ucichną, spekulacje pójdą do piachu, przyczyny zostaną ostatecznie ustalone. Nikt nie będzie medytował nad ciepłymi (i jakże wzruszającymi) gestami Rosjan w kierunku Polski. Miejmy tylko nadzieję, że nie zostanie zapomniana ofiara tych wszystkich ludzi. Każdego z osobna. Nauczmy się szanować swoje władze i innych ludzi ze świata polityki. Nie zapominajmy, że są oni takimi samymi (często bardzo sympatycznymi) ludźmi, jak my sami. Niech ta tragedia pomoże nam wyciągnąć konstruktywne wnioski na przyszłość.

Portale Społecznościowe

3 Kwiecień 2010 3 uwag

Chwilę tu nie pisałam. Nie wiedziałam co, ani po co pisać. Nie miałam pomysłu na konkretny wpis tym bardziej, że czuję się trochę dobita matematyką. Geometrii na poziomie rozszerzonym nie ogarniam w ogóle i mam wrażenie, że trzeba będzie poprosić moją kochaną nauczycielkę o pomoc. Ale to po świętach. Na razie staram się nimi cieszyć. Zaraz odpalam Maxa Payne’a, bo leży i czeka. Potem może coś poczytam. A tak to po staremu.

Dzisiaj (właściwie przed momentem) usunęłam swoje konto na Facebooku. Dawno temu zrobiłam to samo z naszą klasą. Kiedyś idea tego typu serwisów wydawała mi się fajna. Mogę odnowić stare znajomości i pooglądać zdjęcia z imprez moich koleżanek i kolegów z klasy. Jednak zarówno nasza klasa jak i Facebook mnie przerosły.

Nie nadaję się na te serwisy. Nie. Nie miałabym siły co kilka dni dodawać nową słiiit (i najchętniej pół nagą) focię, albo zdjęcie z nowym psem, kotem, dzieckiem, chłopakiem, samochodem, ewentualnie czymś innym, czym chcę się pochwalić. Męczą mnie zaproszenia od osób, których nie znam. Do znajomych dodają, ale „cześć” to już nie powiedzą? Myślałam, że ZNAJOMI się ze sobą normalnie witają i rozmawiają. Zniechęciło mnie to. Zniechęcili mnie ludzie, którym nie wystarczyło kilka zdjęć np. z wakacji (takie akurat lubię, bo niektórzy odwiedzali naprawdę interesujące miejsca), lecz tych zdjęć była cała masa (i nie pokazywały nic konkretnego poza wytapetowaną panną w wyzywającej pozie). Zniechęcili mnie ludzie, którzy nie potrafią normalnie napisać swojego imienia i nazwiska. Nie! Klawiatura ich poparzy jeśli napiszą „Magda”. Muszą napisać „Magdunia/Magdusia” albo po prostu „Słodka Madzia :*:*:*:*:*”. Niektórych wypełnienie rubryki „Imię i nazwisko” jak widać przerasta. Muszą pokazać, że są trendi i dżezi, czy jak to się mówi. O! Albo po prostu: „są na topie” (tylko tutaj trzeba sobie zadać pytanie, czy ten „top” rzeczywiście nam imponuje. Bo jeśli ktoś podziwia tego typu ludzi to współczuję mózgu a właściwie jego braku).

Ostatnio na Facebooku miałam przygodę. Wysłali mi maila. Adres nie wyglądał podejrzanie i był powiązany z facebookiem (była nazwa w adresie). Pisali o jakimś pliku, który mi wysłali z moim nowym hasłem. Ściągam, otwieram. Komp świruje. Wkurzyłam się nie na żarty. Halo, ja się rejestruję a oni mi tu świnię podkładają? Mało tego! Mój znajomy naciął się dokładnie na to samo.

Inna sytuacja – dostałam zaproszenie od dziewczyny, która nazywa się dokładnie tak samo, jak moja polonistka. Nie znałam jej. Dodałam ją, myśląc iż to nauczycielka (nie miałam pojęcia, że w mojej szkole ktoś może nazywać się tak samo jak ona), a że mamy dobry kontakt z nauczycielką to byłam nawet zadowolona z tego faktu. A tu – zonk! Zupełnie obca mi panienka. Pytanie: po kija dodaje mnie do znajomych? Zna mnie? Wita się ze mną na korytarzu? Czy naprawdę nie przeżyje nocy, jeśli będzie miała 444 znajomych a nie 445?

Powiecie, że przesadzam. Tak, wiem. Na tych serwisach są też normalni ludzie. Są ludzie, którzy rozumieją pierwotną ideę serwisów, gdzieś zatraconą. Ale szkoda mi czasu na dobijanie się do nich poprzez stertę słit panienek, którym jedynym zajęciem jest malowanie się i robienie dzióbków do obiektywu.

Drogi chory użytkowniku Facebooka i naszej klasy (normalni, którzy rozumieją, że nieznajomych nie warto mieć w znajomych, nie muszą tego czytać). Dla Ciebie… tak! Specjalnie dla Ciebie przygotowałam słowniczek. Obyś się nauczył/a znaczenia słów, które są używane na tych portalach społecznościowych:
„Imię i nazwisko” – to to, co masz wpisane w dowodzie, dzienniku szkolnym, legitymacji, innych dokumentach. Tak! To jest to, jak się nazywasz. Jesteś Anna Kowalska a nie „$łoDZIUtkAAAnn!” Dorośnij. Na CV też tak się podpiszesz? Rozumiem ksywki. Rozumiem, jeśli na kogoś o rudych włosach wołają „Rudy”. Ale takie zachowanie jest grubo poniżej poziomu intelektualnego przeciętnej osoby dorosłej.
„Znajomi” – ludzie, z którymi utrzymujesz kontakt poprzez gg, sms, telefon, a najchętniej poprzez rozmowy, spotkania itd. Nie, nie są to wszyscy ludzie z Twojej szkoły naprędce dodani do grona Twoich znajomych. Nie, nie dodawaj mnie do znajomych, jeśli Cię nie znam. Chcesz dodać? A na cholerę mi osoba, która jest mi zupełnie obca? Dobrze wiesz, że na korytarzu się ze mną nie przywitasz. Więc po co Ci to? Przez takich ludzi jak Ty, te serwisy tracą swoją pierwotną ideę. Tak! W swojej szkole znasz ok. 80 osób (klasa, znajomi z grup językowych, imprez), nie 800! Ogarnij się.
„Zdjęcie” – to coś, co ma pokazać innym jak wyglądasz, tak, by mogli Cię zidentyfikować. W końcu Janów Nowaków jest w brud. Ale nie musisz dodawać 100 zdjęć. Na 1-2 doskonale Cię widać. Aha, dodawaj z łaski swojej zdjęcia wyraźne, a nie sam tułów plus czubek głowy. Tak! Tak! Do cholery wiem, że tak jest modnie i trendi. Ale robisz z siebie błazna.

To by było chyba na tyle. Wesołych Świąt i pozdrawiam.

Pan Piłkarz

25 Marzec 2010 1 komentarz

Ostatnio światkiem piłkarskim (światem to by było za dużo powiedziane, chodzi bądź co bądź tylko o Polskę) wstrząsnęły obsceniczne gesty wykonywane przez kopaczy (trudno tych panów nazwać piłkarzami) dwóch klubów: Wisły Kraków i Legii Warszawa. O ile ten drugi zespół mnie ani ziębi ani grzeje, o tyle Biała Gwiazda to był kiedyś cały mój świat. Zaliczyłam nieco ponad 40 spotkań na stadionie (nie udało się zaliczyć wyjazdu niestety). Wydałam na to mnóstwo forsy, a teraz piłkarz pokazuje kibicom środkowy palec (konkretniej dopuścił się tego Mariusz Pawełek) pokazując, że ma ich gdzieś.

Halo, a kim Pan właściwie jest?

Gdyby nie kibice to ŻADEN z piłkarzy w Polsce nie zarobiłby tyle ile zarabia (a fakt, iż od lat nie możemy zwojować europejskich pucharów świadczy tylko o tym, że zarabiają za dużo). Wyobraźmy sobie hipotetyczną, niemożliwą (a szkoda!) do realizacji sytuację: kibice w całej Polsce, jak jeden mąż przestają chodzić na stadion i nie siadają przed telewizorami, by „fascynować się” (ostatnio nie ma czym) popisami (marnymi) naszych kopaczy. Co wtedy? Ano mamy trzy rozwiązania: klub biednieje, bo nie ma wpływów z biletów.  Klub biednieje jeszcze bardziej, bo skoro nikt nie ogląda meczów w tv to nikt nie będzie tego transmitować. Wyjście trzecie zakłada odejście sponsorów – bo komu się będą reklamować, skoro trybuny puste? Dyscyplina staje się amatorska. PAN piłkarz gra z chęci. Złotówek za to nie zobaczy.

Oczywiście nie twierdzę, że kibice na trybunach zachowali się właściwie. Szacunek piłkarzowi się należy. Kibic jednak płaci, kibic wymaga. Tym bardziej, że ceny biletów wzrosły ostatnio do astronomicznych sum (podobno na mecz z Ruchem w PP Legia „żyłowała” 50-120 zł!). Druga sprawa – piłkarz musi umieć się zachować tym bardziej wobec tych, którzy de facto płacą za jego pensję. O tym, czym skutkuje odejście od sportu kibica – już pisałam. No i kolejna rzecz – czy celebryci płaczą po złośliwym komentarzu na pomponiku? Nie. Osoby publiczne muszą zdawać sobie sprawę z tego, że ich postępowanie poddawane jest ciągłej obserwacji i najmniejsze błędy są wychwytywane i krytykowane.

Myślę, że piłkarz, który postępuje jak wyżej wymienieni, powinien zdawać sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy – gest wykonuje do całej trybuny. Załóżmy, że na trybunę wejdzie 1000 osób. Krytykuje go może 500 (nie mówię tutaj o konstruktywnej krytyce a o tej obraźliwej, chamskiej). Ja wiem, że gest jest skierowany do chamów, ale odbierają go wszyscy. Nawet ci kompletnie postronni i niewinni.

Osobiście czuję się bardzo zawiedziona postępowaniem Pawełka. Reprezentuje klub, który dla mnie swego czasu był religią. 7 lat zainteresowania, 5-6 lat chodzenia na stadion (nieregularnie, ale kilka razy w sezonie się pojawiałam). Zdzierałam gardło, namiętnie kibicując. Nieraz prosiłam Panią, która uczyła mnie języka francuskiego, bym nie czytała.  I nie czytałam. Tak! Tygodniami na języku francuskim nie czytałam, nie mówiłam. Nie robiłam właściwie nic. Gardło bolało niesamowicie. Raz na derbach prawie zamarzłam. Pogoda okazała się zdradziecka i z niemal wiosennego, słonecznego dnia, zrobiła się śnieżyca. A ja miałam adidasy i jesienną kurtkę. Było grubo poniżej 0 stopni. Nieraz lałam łzy, szarpałam nerwy… a teraz PAN piłkarz pokazuje kibicom (a więc i mnie) fucka.

Trener Kasperczak zapowiedział, że nie wyciągnie poważnych konsekwencji z PANA piłkarza. Błąd. Kardynalny. Klubie! Ty pracujesz na swój marketing! Ty pracujesz na to, żeby zyskiwać pieniądze! Żeby zarabiać! Pozwalając sobie na taką „aferę” pokazujecie, ze macie w nosie kibiców. Tak, najlepiej niech cała pierwsza 11 wypnie dupy. Tak! Nie tylko macie w dupie kibiców, ale i tracicie mnóstwo forsy. Bo ja osobiście nie pójdę na mecz, jeśli Pawełek będzie w składzie Wisły.  Nie tylko ja. Bo co mają powiedzieć ci, którzy siedzieli na feralnej trybunie a się nawet słowem na PANA piłkarza nie odezwali? No i ostatnia sprawa… skoro Pawełek wymiękł podczas meczu na kameralnym, maleńkim stadionie Hutnika to co będzie, jeśli przyjdzie mu zagrać przy 30 tysięcznej publiczności przy Reymonta?

Często oglądam sobie siatkówkę w weekend (transmisje z Plus Ligi i Plus Ligi Kobiet). Poziom jest zdecydowanie  wyższy niż polskiej kopanej. Do tego gra u nas w lidze wielu zawodników spośród najlepszych krajów. Bilety są tańsze, wrażenia lepsze. Inwestycja w piłkę się nie opłaciła. A to moja „mini” relacja z jednego z meczów. Spójrzcie na to, ile radości dał mi tamten mecz.

PANOWIE piłkarze, opamiętajcie się.

Kategorie:Uncategorized Tagi: ,

Na rozdrożu

20 Marzec 2010 1 komentarz

Tak wiem. Zaniedbuję Was pierońsko i na pewno się na mnie gniewacie. Rozumiem. Pewno też bym się gniewała. Chociaż… w obecnej sytuacji nawet bym na to nie zwróciła uwagi. Jestem na rozdrożu. Dopadła mnie znieczulica, zniechęcenie, zniesmaczenie i zmęczenie. „ZZZZ”. Matura za pasem. Do pojutrza miałam mieć napisaną pracę na polski. Taki miałam zakład ze samą sobą. Ale jak to zwykle ze mną bywa, zakład ten przegrałam, jak wiele innych rzeczy w swoim życiu. Mam początek, lecz nie mam szans dopisać pracy do końca, by spełnić „wymóg”. Tak to ze mną jest – stawiam sobie cele tylko po to, by potem z rozczarowaniem przyznawać, że się nie udało. Niczego się nie nauczyłam w trakcie swojego niemal 19-letniego życia.

Ostatnio nic mi się nie chce. I nie chodzi tu nawet o przygotowania maturalne, które wcale nie idą „pełną parą”. Nie chodzi tu o to, że mi się nie chce. W tym momencie robię zadanie z matematyki. Więc COŚ jednak się chce. Nie czuję jednak sensu tego, co robię. Nie czuję, że to co robię jest mi do czegoś potrzebne. Nie czuję, że robię to dla siebie. Robię, bo… matura się zbliża. Czuję się zniechęcona i zmęczona. Znieczulona na to, co mnie otacza. Nie, nie obchodzi mnie, że we wtorek mam sprawdzian. Co mi po nim? Czy on poprawi moje życie? Nie. Rozważam przesunięcie matury na przyszły rok, choć pomysł ten wydaje mi się jednocześnie abstrakcją. Zawsze byłam jedną z lepszych uczennic w otoczeniu i nie miałam problemów w nauce. A teraz, gdy pierońsko potrzebuję mobilizacji – nie ma jej. Teraz, gdy potrzebuję bodźca, impulsu do ataku – brakuje go.

:|

Kategorie:Uncategorized Tagi: , ,
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.